Wróciłem z TEDxWarsaw, pierwszej w Polsce imprezy spod znaku TEDx. Wydarzenia te, choć pozbawione rozmachu i splendoru właściwego oficjalnym konferencjom TED, na równi ze swoimi większymi odpowiednikami, mają być płaszczyzną wymiany doświadczeń i miejscem powstawania nowych idei. Czy udało się te cele osiągnąć w Warszawie?
Na TEDxWarsaw jechałem głową pełną obejrzanych nie tak wcale dawno TED Talków (niektóre z nich prezentowałem we wcześniejszych wpisach), wystąpień najlepszych z najlepszych. Do tych wspomnień zaś doczepiły się niechcący niesamowicie wygórowane wymagania. W gruncie rzeczy nie byłem pewien, czego oczekuję, ale wiedziałem, że ma to być niezwykłe.
Dygresja: powyższe jest, wydaje mi się, znamienne dla TEDa i okolic. Oto dostajemy do rąk markę-klucz, która otwiera (prawie) wszystkie drzwi, ale przy tym oczekiwania osiągają pierwszą kosmiczną i lecą w stronę Oriona. Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność, jak mawiał Spider-Man.
Jak więc wypadła warszawska rzeczywistość w konfrontacji z moimi fantazjami? Dobrze. Nie fenomenalnie, ale dobrze.
Od strony organizacyjnej i technicznej była to jedna z najlepiej poprowadzonych konferencji, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Ciekawe oświetlenie sali budowało nieco futurystyczny nastrój. Prowadzący, Ralph Talmont, z charyzmą i humorem zarządzał sceną, a obsługa techniczna i wolontariusze niemal bezszelestnie przesuwali się w cieniu.
Gorzej było z występami prelegentów. Niektórzy się stresowali, inni mieli problemy językowe. Byli i tacy, którzy zwyczajnie nie wpisali się z tematem lub formą wykładu w specyficzny tedowy kanon (przynajmniej według mojego postrzegania tegoż).
Na szczęście, pozytywnych, zaskakujących i inspirujących momentów również nie zabrakło.
Od Agaty Wiatrowskiej dowiedziałem się, że możemy się wiele nauczyć od koni, jeśli tylko znajdziemy w sobie pokorę, aby ich słuchać. Wysłuchałem Noama Kostuckiego i jego pochwały egoizmu, jako głównej motywacji do współpracy i współdziałania. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie Zbyszek Braniecki…
Wyobraźcie sobie, że wysłuchujecie entego wykładu z kolei, mocno już zmęczeni, a tu nagle facet ze sceny opowiada o pomyśle bliźniaczo podobnym do waszego sprzed lat: weryfikacja obietnic i deklaracji polityków, jako narzędzie dla świadomego wyborcy – słowni.pl (wersja alpha, nie oczekiwać za dużo). Klaskałem na stojąco, a kciuki trzymam do dziś (trochę scierpły).
Od eko-domów, przez rolę prawnika w start-upach, aż po pomoc niepełnosprawnym – TEDxWarsaw zaskakiwał, bawił, uczył i wzruszał. Warto było pojechać.
Tyle moich wynurzeń.
Teraz czas zabrać się za przygotowania do TEDxPoznan. Do zobaczenia w maju w Poznaniu!
3 Comments
Odliczanie do TED Poznań już trwa:)trzymam kciuki za więcej…
Łukasz,
świetny post, zgadzam się w zupełności. Również kapelusz z głowy dla Ralpha Talmonta za prowadzenie! A co do prelegentów, klasyczne powiedzenie mówi, że każdy mówca się denerwuje, a ten który mówi, że się nie denerwuje to kłamie. Jeśli natomiast nie będą wystarczająco dużo ćwiczyć a zamiast tego “schowają się za Powerpointem” to ich stres będzie odczuwalny dla publiczności. Nikt nie rodzi się mówcą pokroju Sir Kena Robinsona, Benjamina Zandera czy choćby Jill Taylor. Praktyka czyni mistrza a ponadto jak mawiał Edward Murrow trzeba jeszcze umieć “zarządzać” motylami w brzuchu ;)
Pozdrowienia
Będę pamiętał o zarządzaniu motylami przed następnym wykładem. Poczytam nawet trochę o entomologii…
A poważniej: smutna prawda jest taka, że nie tylko nikt się nie rodzi mówcą doskonałym, ale też nie wszyscy mogą mówcami zostać. Grunt to znać własne ograniczenia.